Sprawa prosta. Widzieliście pewnie zdjęcia ze stref konfliktów z autami, do których przymocowane są karabiny maszynowe, przyspawane stalowe płyty pancerne, zajechane do granic możliwości "zombie", które mimo całego znoju, skandalicznie paskudnych warunków, ostrzału i brudu nadal jeżdżą? To Toyota Hilux.
Zerknijcie na Clarksona próbującego „uziemić” to auto. Dobra rozrywka, choć... zakończona fiaskiem Clarksona 😀 Szczerze mówiąc, nie wiem, czy jest jakiekolwiek inne auto, które byłoby w stanie znieść taki test.
I w zasadzie tutaj mógłbym skończyć wywód, poza faktem, że jest jeszcze kilka innych ciekawych właściwości tego auta 🙂
Zasadniczo Hiluxa naprawić jest dość łatwo. Szczególnie roczniki nieco starsze, które nie są przeładowane elektroniką komplikującą auto i pomniejszającą jego niezawodność. Nie ma samochodów niezniszczalnych — każde auto ma swoje granice, ale tak się składa, że zmodyfikowany off-roadowo i wyprawowo Hilux ma te granice położone bardzo daleko.
Jeśli coś Ci się "zwali" na wyprawie to praktycznie wszędzie na świecie części do Toyoty są dostępne. Są tanie, jest ich dużo, masa zamienników. Im łatwiej o części, tym łatwiej i taniej wykonać naprawę, tym szybciej znajdziesz warsztat i tym mniej czasu stracisz na awarię.
To ważne, ile osób podróżuje. Rozkłada koszty wynajmu, koszty paliwa, jest raźniej w trasie. Ale cztery osoby to także z reguły dużo bagażu. A to oznacza potrzebę miejsca w bagażniku. W takiej sytuacji wyłącznie pickup. Cały kampingowo-offroadowy szpej też się musi zmieścić. No i właśnie dlatego Hilux.