Gdzieś w oddaleniu, gdzie nie widać już, jak horyzont wciska się w tło nieba, żyją niezwykłe drzewa. W milczeniu ich starych, spękanych pni, rozpoczyna się krótka opowieść, do której treść korzenie tych drzew piją z czarnych, ślepych źródeł ziemi. Drzewa te nie żyją tylko dla ozdoby – są sekretem, który dawno przestał interesować współczesny świat. To wiśnie. Wiosną ich gałęzie pokrywają się mgławicą jasnoróżowego, świetlistego kwiecia. Piękny czas, gdy wiatr nie pyta wiśniowych kwiatów o pozwolenie, by zabrać ich płatki w podróż na zatracenie. Zrywa je i roznosi z szelestem pośród mokrych traw, gdzie lądując, rozpływają się i znikają. W tej wirującej gęstwinie płatków rodzi się owoc – wiśnia o barwie głębokiej purpury, ciężka, zawsze chłodna, nasiąnięta poranną mgłą, zroszona łzami letnich burz. I paradoksalnie wtedy właśnie muszę ruszyć dupę - lecę zebrać dobre 30 kilo owoców i w mozole dźwigam je do kuchni. Duży ciężar, ale tyle właśnie potrzebuję, by wykonać właściwą ilość i jakość mojej nalewki.
W palcach ściskam okrągłe, miękkie i delikatne rubinki pełne kwaśnej, eksplodującej słodyczy. Czas drylowania – ręcznie, każda pojedyncza wiśnia przechodzi przez moje ręce. Jednakowoż niektóre pestki zostają na swoim miejscu. W wiśniach, tak jak zostały stworzone. Prawdziwość smaku nie tkwi do końca w purpurowym miąższu. Niuans został zamknięty w środku, w ciasnej, ubitej, chropowatej pestce.
To tam mieszka nuta marcepanu i istota smaku, który nigdy nie został właściwie zreplikowany, nie doczekał się identycznej, laboratoryjnej imitacji i pozostanie na zawsze niepodrobiony. Zamknięta w szczelnym pancerzu pestka ma tę eteryczną, niekopiowalną treść. Część wiśni wrzucam do gąsiora właśnie w całości z pestkami. Czekają długo w absolutnej ciemności na moment, w którym alkohol zacznie się do nich nieuchronnie zbliżać. Penetrując całą miękkość i nietrwałość miąższu, finalnie wyrwie pestce ten cenny walor, oddając go w całości trunkowi.
W ciszy mojej piwnicy stoi regał ze słojami z gotową wiśniówką. Wokół tych zakurzonych słojów unosi się zapach wilgotnej ziemi, ciemności, nieskończonej cierpliwości i nieubłagane poczucie, że najcenniejsze zawsze pozostaje w oddaleniu… ukryte tam, gdzie nikt nie ma odwagi zajrzeć.
A ja mam odwagę zajrzeć i w rezultacie jest pięć wariantów wiśniówki:
Wiśnia z Wiśnią – czyli czysta wiśniówka w mocy ok. 26%, nie wykręca, grzeje, jest intensywna w smaku, przezroczysto-rubinowa. Świeże wiśnie zalewam alkoholem na kilka miesięcy, zlewam, zasypuje cukrem, zlewam, mieszam, odstawiam na kolejne miesiące. Potrzebne jest dużo czasu.
Wiśnia z Rumem – czyli wiśniówka w mocy ok. 24% gdzie zamiast jednej butelki wódki dodaję rum BUMBU. Tym posunięciem przemycam chytrze nutę wanilii i bananów. Wszystko niewiarygodnie dobrze się zgadza. Ten wariant ma ciemniejszą barwę i smak niepodobny do niczego innego.
Wiśnia z Koniakiem – ponownie wiśniówka o mocy ok. 25% gdzie zamiast jednej butelki wódki wylądowała jedna butelka Remy Martin. W istocie wybornie i szlachetnie, jakoby wykwintnie. To mój ulubiony wariant. Jest w nim jakaś trudna do opisania słowami głębia.
Wiśnia z Brandy – moc 24%, tradycyjnie. Ale nie tradycyjnie jedna butelka wódki została zastąpiona przez brandy Shustoff VSOP. Zbliżone do wariantu z koniakiem ale inne, w kolorze podobne ale inne, można by się pomylić ale się raczej nie da.
Wiśnia Likier – to coś zupełnie innego niż reszta, raczej słabsze, znacznie słodsze. Powstaje jako ostatni wariant, odsączone owoce zasypuję cukrem i leżą… Odsączam gęsty syrop i rozcieńczam wódką ziemniaczaną. W efekcie powstaje likier. Można solo i deserowo, można do herbaty, można do kawy Barraquito zamiast likieru bananowego.
A na koniec tej opowieści zmieniamy temat i wracamy do aut wyprawowych i spraw wypożyczalni: